środa, 26 marca 2014

013. Wieża Astronomiczna



W dormitorium było ciepło, chociaż na dworze jesień dawała się we znaki. Uwielbiała spać we własnym łóżku z zielonymi zasłonami i białą pościelą. W dormitorium zieleń, srebro i ciemny brąz mebli uspokajał ją i koił jej nerwy. Kilka dni w Gryffindorze sprawiło, że doceniła Slytherin. Pobudzająca czerwień nigdy nie była jej ulubionym kolorem. Dodatkowo nie musiała się przed nikim kryć. Każdy doskonale wiedział, że Claire Angelline należy do domu Węża. Oddychała tu swobodnie i wychodziła z pokoju kiedy tylko sobie zamarzyła. Nikt jej w żaden sposób nie ograniczał. Dodatkowo wróciła na zajęcia. Może nie była to bardzo pocieszająca myśl, ale siedzenie samej w Wieży Gryffindoru przyprawiało ją o zawrót głowy. Nawet, jeśli był to tylko jeden dzień. Jednak coś się zmieniło. Jej współlokatorki zaczęły podchodzić do niej z ostrożnością. Nie traktowały jej już jak odmieńca, ale to nie znaczy, że zaczęły ją bardziej lubić. Claire wiedziała doskonale, że jedyne co w nich wzbudziła to podejrzliwość i niezdrowy strach. Amarisa, chłodna jak zawsze, nie okazywała zbyt wiele uczuć i z pewnością nie powiedziałaby jej nic otwarcie. Tylko dzięki kilkuletniej znajomości Claire potrafiła wyczuć tą zmianę. Inaczej sprawy miały się z Lexie. Gilbert nie tylko wolała jej unikać, ale też czuła się skrępowana w jej towarzystwie. Przy każdej możliwej okazji przepraszała ją i zapewniała, że o niczym nie miała pojęcia. Oczywiście robiła to, gdy były same. Najwyraźniej musiała także szepnąć słówko swojemu chłopakowi, Nate’owi, bo i on zaczął na nią dziwnie zerkać. Nie powstrzymał się przed byciem nadal równie aroganckim, co poprzednio, ale różnica była wyczuwalna. Jedyną stałą i pewną osobą tak, jak i poprzednio był dla niej Regulus. U niego nie zauważyła większych zmian, oprócz nadmiernej troski. Black próbował towarzyszyć jej w każdej możliwej chwili, mimo sprzeciwów i gróźb.
- Nie potrzebuję niańki, Regulusie. Potrafię sobie poradzić z przejściem do Wieży Astronomicznej – syknęła Angelline, późnym wieczorem, szykując się na ostatnią tego dnia lekcję. Regulus opatulał się już szczelnie płaszczem, nie zważając na jej protesty.
- Nie wiem o czym mówisz, Claire. Chciałem tylko dowiedzieć się czegoś od profesor Sinistry – bąknął, ignorując jej mordercze spojrzenia.
- Jak sobie życzysz.
Kilka porażek zdążyło ją już nauczyć, że nie wygra z Regulusem Blackiem w tę grę. Mogła strzępić język na darmo i marnować powietrze na bezcelowy sprzeciw, ale w rezultacie nic by nie uzyskała. Nie była głupia i dobrze wiedziała kiedy jest w beznadziejnej sytuacji.
Idąc na zajęcia nie spieszyła się zbytnio. Wyszła na tyle wcześniej, by mieć małą przewagę czasową i dotrzeć na miejsce przed profesor Sinistrą. Regulus szedł u jej boku, miotając spojrzeniem na lewo i na prawo, penetrując wzrokiem każdy, nawet najciemniejszy, kąt.
- Niedługo głowa ci odpadnie – sarknęła Claire, widząc jego wysiłki. Chłopak tylko zrobił minę, wracając do swojego obłędu. – Serio, Black przestań, bo przez ciebie dostaję gęsiej skórki. Wyglądasz jak kot polujący na myszy.
- Nawet nie próbuję zrozumieć o co ci chodzi – powiedział niezbyt przekonująco. Po chwili zaś westchnął, zatrzymując się w miejscu. O krok dalej ona także się zatrzymała, rzucając mu pytające spojrzenie. Regulus potarł kark z występującym na szczupłe, jasne policzki rumieńcem. – A co jeśli znowu cię skrzywdzą?
- Tu? W Hogwarcie? – Nie przekonywała ją perspektywa Śmierciożerców w Szkole, cokolwiek mówili Huncwoci. Być może się na tym nie znała, ale to nie przeszkadzało jej mieć sceptycznego podejścia do sprawy. – Nie sądzę, żeby ktokolwiek odważył się otwarcie atakować mnie na środku korytarza.
- Zostałaś porwana w samym środku Hogsmeade. Czym różni się jedno od drugiego? – żachnął się Regulus. Mierzył ją zielono-brązowym wzrokiem, sprawiając tym samym, że chciała odwrócić głowę.
- Wcale nie porwana – mruknęła, sama nie do końca rozumiejąc czemu zaprzecza. Było to dla niej za ostre słowo. Po prostu została teleportowana wbrew swojej woli… ale czy nie tak brzmi definicja porwania? Przygryzła wargę z roztargnieniem.
- Tylko co? No chyba nie powiesz mi, że Gilbert dobrowolnie cię teleportował? – Kiedy nic nie odpowiedziała kontynuował. – Wiem, że jest ci ciężko, ale musimy cię pilnować… - zaczął, ale z jakiegoś powodu rozzłościło to ją na tyle, by odzyskała zdrowy rozsądek i pełną argumentację.
- Ciężko? – parsknęła chłodnym śmiechem. – Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo. Ale wcale nie chodzi o to, że przeszłam tortury z jego ręki. Kicham na skurwysyna. Może się udławić tą swoją różdżką. Nie zmusi mnie do niczego. Wiesz czemu jest mi ciężko? Bo tacy samozwańcy jak ty nie potrafią zrozumieć, że to oni są zagrożeni w mojej obecności. To nie mi groził. Groził mojej rodzinie i tobie…
- I mojemu bratu – dopowiedział za nią Regulus ściszonym tonem. Nie miała zamiaru tego mówić, ale oczywistym było, że się dowiedział. I świetnie zdawał sobie sprawę z tego, co to znaczy; Syriusz Black był ważny dla Claire Angelline w ten czy inny sposób i nie próbowała temu przeczyć. Mimo wszystko postanowiła go zignorować.
- A to oznacza, że to ciebie będzie chciał dopaść. Myślisz, że nie wiem? Tylko, że wolę chodzić samej po szkole niż patrzeć, jak mój przyjaciel cierpi. I wielka szkoda, że nie potrafisz tego zrozumieć.
- Claire, to nie tak. Dobrze wiesz, że jeśli chodzi o ciebie, to… - przerwał, uświadamiając sobie jak daleko się posunął. Nie powinien był znowu drążyć tego tematu. Na tej płaszczyźnie nie czekało go nic dobrego. – To może im zależeć na twoim bólu, nie twoich bliskich. W końcu to swój ból odczuwasz, nie czyjś – Odetchnął z ulgą, gładko zmieniając temat. Claire zawała się niczego nie zauważyć. Nie chciał ponownie jej ranić niedopowiedzianymi słowami i uczuciami, których nigdy nie zdefiniował. Tak powinno zostać. – Poza tym zawsze lepiej walczyć razem niż w pojedynkę.
- Nie będzie żadnej walki, Regulusie. Oni nie są na tyle głupi, żeby wszczynać pojedynek wewnątrz Hogwartu – wytłumaczyła po raz kolejny.
Tym razem musiał dać za wygraną, ale nie przestał za nią chodzić.



Stała na szczycie Wieży Astronomicznej, chociaż jej obecność tutaj nie miała żadnego sensu. Przecież lekcja już się skończyła. Mgła pozwalała widzieć jej jedynie na pięć metrów do przodu. Wdychała duszne powietrze z trudem i oporem. Miała na sobie piżamę i ziąb mocno dawał jej się we znaki. Z drugiego końca okrągłej wieży, zza mgły dochodził do niej krzyk. Najpierw jeden, później drugi. Ruszyła w tamtym kierunku, pewna, że zna głosy. Serce biło jej jak szalone, przez co kręciło jej się w głowie. Objęła się ramionami, nie przestając szukać po omacku krzyczących.
- Claire! – zawołał jeden głos. Otworzyła szerzej usta, rozpoznając w nim głos Regulusa. Podbiegła kilka kroków. Drżała z zimna. Przed nią pojawiły się trzy ciemne, zamazane sylwetki. Kiedy podeszła bliżej rozpoznała osoby. Naprzeciw niej ze splecionymi z tyłu palcami dłoni stał Lord Voldemort rzucając jej wyzywający uśmiech. Mierzył ją tryumfalnym, lodowatym wzrokiem. Obok niego stał jakiś mężczyzna, trzymający różdżkę nad klęczącym przed nim Regulusem. Młodszy z braci Black wyglądał na mocno pobitego, a mężczyzna o zamazanej twarzy charczał nad nim klątwy. Krzycząc z bólu Regulus opadł ciężko na ziemię; pot zlepił mu włosy na czole. Oko, które nie było spuchnięte, skierował błagalnie w jej stronę. Już chciała do niego podejść, kiedy po drugiej stronie Voldemorta z mgły wyłoniła się podobna para ludzi. Tym razem cierpiącym był Syriusz, a nad nim stała pulchna kobieta, podobnie jak wcześniej nieznany mężczyzna, o przesłoniętej mgłą twarzy. Syriusz również był skatowany i tylko resztką sił powstrzymywał się od upadku.
- Nie! – zawołała Claire ile tylko miała pary w płucach, ale z jej gardła wydobył się jedynie wątły głosik. Voldemort zasyczał ze śmiechu. – Każ im przestać! – zażądała.
- Ja? Ależ… to ty im to zrobiłaś. To przez ciebie cierpią. Ty masz ich krew na rękach – zamruczał spokojnym, wysokim głosem.
- Nie. Nie prawda!
- Czy aby na pewno? Narażasz ich. To przez ciebie tu są. Gdybyś do mnie dołączyła sprawy z pewnością miałyby się inaczej.
- Nigdy! Prędzej zginę.
- Och, zapewne, ale czy i oni muszą ginąć? – zacmokał z dezaprobatą. - Chcesz skazać ich na śmierć? Och, nie wątp w to, że będzie inaczej. Możesz ich ocalić… jeśli do mnie dołączysz.
Claire milczała, rzucając spojrzeniem po wykrzywionych z bólu twarzach braci. Nogi miała, jak z waty, a w gardle pojawiła się nieznośna, dusząca gula. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. Nagle Voldemort pojawił się tuż koło jej prawego ucha.
- Obserwuję cię, Claire Angelline – wyszeptał sykliwie przeciągłym głosem.
Po chwili zniknął. Dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna, stojący nad braćmi Black w tej samej chwili wykonało identyczny ruch różdżką, wołając przy tym:
- Avada kedavra!
Błysnęło zielone światło.
- NIE!
Obudziła się z krzykiem na ustach, zlana potem. Siedziała na swoim łóżku we własnym dormitorium, drżąc z zimna i nerwów.
- Claire – Lexie natychmiast znalazła się u jej boku w jedwabnej koszulce nocnej. – Wszystko w porządku? – Ostatnimi czasy stała się wyjątkowo wrażliwa na jej samopoczucie. Najwyraźniej wyrzuty sumienia nie były jej środowiskiem naturalnym.
- To był tylko sen – Po jej drugiej stronie z relatywnie zatroskaną miną pojawiła się Amarisa. – Jesteś bezpieczna.
To jej nie uspokoiło.
- Syriusz… Regulus – wydyszała, nadal w szoku.
- Na pewno są w swoich dormitoriach i nic im nie jest – zapewniła Lexie pocierając jej ramię.
Claire wyskoczyła z łóżka, nie dbając o zdumione okrzyki współlokatorek.
- Muszę sprawdzić – mruknęła tylko, niemalże wybiegając z pomieszczenia na wąski korytarz. Wiedziała, że nie poszły za nią. Nie musiała się nawet odwracać, by to wiedzieć. Na korytarzu pochodnie paliły się leniwie, oświetlając jej drogę. Skierowała się do męskiego dormitorium, nie bawiąc się w żadne podchody. Nie zapukała do drzwi, nie chcąc niepotrzebnie zwracać na siebie uwagi. Wewnątrz panował półmrok. Jedynym źródłem światła była zielona poświata jeziora, pod którym znajdował się Slytherin. Zamknęła za sobą drzwi, opierając się o nie plecami. Wstrzymała oddech, czekając aż jej wzrok przyzwyczai się znowu do ciemności. Na palcach podeszła pod odpowiednie łóżko z baldachimem i chociaż kotary były zasłonięte, miała pewność, że dobrze trafiła. Odchyliła jedną z zasłon, starając się robić przy tym jak najmniej hałasu.
Regulus Black spał mocnym, twardym snem. Wypuściła z ulgą powietrze, nie mogąc powstrzymać się przed delikatnym uśmiechem. Nic mu nie groziło. Oczywiście wiedziała, że w żaden sposób nie będzie w stanie sprawdzić teraz Syriusza. Mimo wszystko, patrząc na jego brata nie mogła nie być optymistką. Nie powinna tak łatwo ulegać snom. Nawet, jeśli wciąż czuła chłód Wieży Astronomicznej na skórze i woń deszczu w nozdrzach. Już miała odejść od łóżka Blacka, kiedy jego pościel zaszeleściła i ktoś położył ciepłą dłoń na jej nadgarstku.
- Claire? – mruknął zaspanym głosem Regulus, patrząc na nią z roztargnieniem.
- Mogliby cię ukraść, wiesz? – sarknęła, wywracając w ciemności oczyma.
- Co ty tu robisz? – Zakrył usta dłonią, tłumiąc ziewnięcie. Za chwile przeczesał włosy palcami, tworząc na nich uroczy bałagan. Przygryzła wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Miałam zły sen – szepnęła, wbrew samej sobie. Regulus przesunął się, robiąc jej miejsce. I chociaż prawdopodobnie powinna była wrócić do swojego łóżka, nie mogła oprzeć się pokusie ciepła, spokoju i bezpieczeństwa. Regulus oddał jej większą z dwóch poduszek i odsunął się na bezpieczną odległość. Zanurzyła się w cieple jego pościeli z wdzięcznością.
- Jestem z tobą. To był tylko sen – zapewnił przyjemnie ciepłym, głębokim głosem. Wziął ją za rękę,. – Śpij.
Pokiwała głową, nawet jeśli on już tego nie widział. Regulus zdążył ponownie zasnąć, a i jej przyszło to łatwo. Tym razem sen okazał się wybawieniem, zamiast męką.



Nie wydawało jej się to w żaden sposób złe. Z jakiegoś powodu wiedziała, że powinna robić sobie wyrzuty z tego, gdzie spędziła ostatnią noc, ale te nigdy się nie pojawiły. Obudziła się jako pierwsza, dzięki czemu, uniknęła niezręcznej rozmowy z Regulusem i jego współlokatorami i wybiegła na palcach z ich dormitorium, błyskiem zmierzając do swojego. Nie zdawała sobie sprawy z tego jak jest wcześnie. Mogła na spokojnie wziąć prysznic, ubrać się i załatwić wszystkie kosmetyczne sprawy zanim któraś z dziewczyn chociażby otworzyła oczy. Złapały ją zaspanym wzrokiem dopiero, kiedy wychodziła. Wiedziała, że nie wróci tu już przed zajęciami, więc porwała ze sobą torbę i różdżkę. Nogi same niosły ją na korytarz Grubej Damy; nie miała nad nimi żadnej kontroli. Czekała całą wieczność, aż w końcu pojawił się w przejściu pod portretem.
Wynurzył się jako pierwszy, wywołując tym samym uśmiech na jej twarzy. Ulga w jej sercu była tak wielka, że miała ochotę podskoczyć z radości. Zamiast tego jednak, rzuciła mu się na szyję, nim chociażby zdążył ją zauważyć.
Syriusz dopiero po chwili objął ją, machając energicznie ręką do swoich współtowarzyszy. Najwyraźniej kazał im odejść, bo już za chwilę zostali sami, jeśli nie liczyć kąśliwych uwag i nagannych spojrzeń Grubej Damy z portretu. Syriusz odciągnął ją na bok i odsunął na odległość ramion.
- Claire, coś się stało? – spytał z ciągłym zaskoczeniem, odgarniając jej niesforny kosmyk z twarzy. – Wszystko w porządku?
- Teraz już tak – mruknęła. Od uśmiechu bolały ją już policzki, ale nie miało to żadnego znaczenia. Syriusz nie zadawał zbędnych pytań, po prostu przyciągnął ją ponownie do siebie i obejmował przez następne dobre kilka minut.
- Idziesz na śniadanie? – rzucił po chwili, nie przestając trzymać dłoni na jej talii. Zawahała się. Nie była jakoś specjalnie głodna, chociaż z przyjemnością wrzuciłaby coś do żołądka. Mimo wszystko perspektywa pojawienia się u jego boku na oczach całego Hogwartu, przywołała obraz z jej ostatniego snu.
Obserwuję cię, Claire Angelline, zdawał się ponownie szeptać do jej ucha. Przełknęła głośno ślinę, smutniejąc.
- Nie, nie jestem głodna. Muszę jeszcze coś załatwić. Idź sam – bąknęła niezbyt przekonująco. Black uniósł sceptycznie brwi.
- Na pewno? – Pokiwała głową zamiast odpowiedzi. – W takim razie… do zobaczenia?
- Jasne – wymamrotała.
Mierzył ją wzrokiem jeszcze przez chwilę, po czym nachylił się nad nią, przysunął twarz do jej twarzy, składają na jej ustach delikatny, przelotny pocałunek, po czym zniknął, zanim zdążyła chociażby coś powiedzieć.



Przez kilka następnych dni walczyła sama ze sobą o próbę podejścia i wyjaśnienia sytuacji. Za każdym jednak razem, kiedy pojawiał się na jej drodze, uciekała do najbliższej damskiej ubikacji. Włączyły jej się do tego napady paniki. Zamiast przystojnej, nonszalancko uśmiechniętej twarzy Syriusza Blacka widziała ostre zielone światło.
Kucając, opierała się o zimną, wyłożoną blado-różowymi kafelkami ścianę łazienki dla dziewcząt, świszcząc i prychając. Powietrze w żaden sposób nie chciało dostać się do jej płuc. Położyła jedną z dłoni na mostku, ściskając się w panice. Łzy spływały jej gęsto po bladych policzkach, kiedy skrzypnęły drzwi do toalety. Nieco pospiesznym, lekkim krokiem zza rogu wyłoniła się gęsta czupryna rudych włosów. Dziewczyna natychmiast doskoczyła do niej i położyła dłonie na jej ramionach. Poruszała szybko ustami, marszcząc przy tym czoło ze zmartwienia. Wtedy Claire odpłynęła, osuwając się na podłogę.
- Obserwuję cię, Claire Angelline – Usłyszała wysoki, syczący głos. – Pamiętaj o tym – Tuż przed nią zmaterializowała się szczupła, przystojna postać mężczyzny. Wąskie usta wygiął w namiastkę tryumfalnego uśmiechu. Po chwili z prędkością światła postać zaczęła sunąć w ciemności w jej stronę.
Obudziła się w pozycji poziomej, opierając głowę na czyichś kolanach. Tuż nad nią pochylała się jasna twarz Lily Evans. Głowa pękała jej od pulsującego bólu.
- Gdzie…? – zaczęła, podnosząc się, ale Evans położyła jej dłoń na ramieniu.
- Spokojnie. Najwyraźniej miałaś atak paniki i zemdlałaś – wyjaśniła jej spokojnym głosem. Nie potrzebowała tłumaczenia; doskonale wiedziała co się z nią działo. Ostatnio miewała takie ataki co raz częściej. – Zaprowadzę cię teraz do skrzydła szpitalnego – Tym razem Claire podniosła się do pozycji siedzącej mimo protestów Gryfonki.
- Nie ma takiej opcji – ucięła krótko. – Nigdzie nie pójdę.
- Rozumiem – mruknęła ku jej zaskoczeniu. – Wiem, że to może nie jest odpowiedni moment, ale skoro już tu jestem… musimy porozmawiać – oznajmiła grobowym głosem. – Słuchaj, wiem jak to zabrzmi, ale nie mam innego wyjścia. Muszę zapytać. Czy groźby Voldemorta mają stuprocentowe pokrycie?
- Wiesz, zakładam, że jego groźby zawsze je mają – prychnęła kpiarsko Claire, patrząc, jak Evans czaruje jej szklankę i napełnia ją zimną wodą.
- Och, nie to mam na myśli. Wybacz, ciągle zapominam, że dopiero się wdrażasz – Lily podała jej wodę z lekkim uśmiechem. Angelline posłała jej spojrzenie. – Chodziło mi raczej o to, czy twoje uczucia co do chociażby braci Black są prawdziwe. Jeśli nie, on to z łatwością przejrzy. Ale jeśli tak… cóż, to też będzie wiedział.
- Co masz na myśli mówiąc, że „z łatwością to przejrzy” – bąknęła, popijając wodę. Mimo wszystko poczuła, jak blednie.
- No wiesz, opanował legilimencje do perfekcji. Może przejrzeć twój umysł na wylot. Szczególnie, jeśli jesteście… - urwała, lustrując Claire od stóp do głów. – Nieważne, nie słuchaj mnie. Po prostu… muszę wiedzieć.
- Raczej nie zwierzam się ludziom, których ledwo znam – syknęła Claire. Nie zamierzała pytać o niedopowiedzenie Lily. Nigdy tego nie robiła. Być może nie powinna tego wiedzieć lub po prostu nie chciała.
- Claire, to naprawdę ważne. Od tego może zależeć zdrowie, a może nawet życie twoich  bliskich. Wszystkich tych, których wymienił.
Obserwuję cię, Claire Angelline – zahuczało jej w głowie, a w zielonych oczach jej rozmówczyni niemalże zobaczyła wyniosłą twarz Czarnego Pana.
- Miewam sny – wypaliła wbrew własnej woli.
- Sny? Co masz na myśli?
- Ostatnio śniło mi się, jak na szczycie Wieży Astronomicznej torturował Syriusza i Regulusa… zanim ich zabił – wydyszała.
- Na Brodę Merlina – zakrzyknęła Evans, zatykając usta dłonią. – Claire naprawdę mi przykro – Potarła jej ramię. Angelline pokiwała tylko głową. Współczucie nie mogło jej w żaden sposób pomóc, mimo wszystko dobrze było to usłyszeć. – Wiesz, że on naprawdę ich skrzywdzi? – mruknęła po chwili dłuższego milczenia Evans. Claire i tym razem nic nie powiedziała. Nie musiała.
- Nie powinnam się z nimi widywać – bąknęła. Evans przytaknęła jej niechętnie.
- To nie wystarczy – uprzedziła. – Musisz nauczyć cię oklumencji.


***

Ponieważ w końcu otworzyłam się na dobrą starą Claire, nie mogłam przegapić takiej okazji. Już dawno tutaj nie pisałam i cieszę się, że mi się w końcu udało. Muszę nadgonić troszkę z akcją i obiecuję to zrobić. Nie przeciągając,
Wasza,

Lil

4 komentarze:

  1. kiedy notka? czekam z utęsknieniem :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Trafiłam tutaj kiedyś z bloga o Lily Evans, ale nie zaczęłam czytać, bo temat córki Voldemorta za bardzo do mnie nie przemawiał. Voldemort i dziecko? Niemożliwe. Poza tym wydawało mi się, że będziesz starała się "naprawić Czarnego Pana", że będzie tutaj przedstawiona jego jaśniejsza strona.

    Nic bardziej mylnego. Czarny Pan jest pokazany taki jaki naprawdę jest czyli... no cóż, czarny. Przesiąknięty złem nie zawahał się rzucić cruciatusa nawet na własną córkę.

    Nie mogę powiedzieć, że dzięki twojemu blogowi całkowicie przekonałam się do wizji potomka Voldemorta, co nie znaczy jednak, że nie podoba mi się twój blog. Wręcz przeciwnie. Jest niesamowity, zresztą tak samo jak pozostałe. Huncwotów w twoim wydaniu znam już od dawna, są niesamowici tak na marginesie, a i na Claire się nie zawiodłam. Typowa Ślizgonka i to właśnie jest najlepsze. Co do Regulusa. Czy tylko mi przypomina Severusa? Nieodwzajemniona miłość i te sprawy... Nawet oboje byli śmierciożercami.

    Wracając do tematu. Przeczytałam twoje pozostałe blogi i postanowiłam dać szansę także temu. "No bo w końcu" myślę sobie "Nic co wyszło spod twojego pióra nie może być złe". No i nie myliłam się. Powtórzę jeszcze raz. Ten blog jest niesamowity i czekam na kontynuację. :D

    Lupo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lupo, dziękuję! Jesteś naprawdę cudowna. Tutaj też wrócę, bo mam naprawdę wielką wizję co do tego opowiadania. Po prostu muszę znaleźć czas i motywację. Ona jest gdzieś tam ciągle w kącie mojej głowy i kiedy w końcu będę miała czas uwolnię ją z całą siłą i weną, jaka gromadzi się we mnie od dawna

      Usuń

Rozdziały